wtorek, 3 czerwca 2014

Przenosiny

Jako, że najzwyczajniej w świecie nie mam czasu ani ochoty grzebać głęboko w plikach, żeby dostosować dwa swoje blogi, postanowiłam je po prostu połączyć.

Wszystkie FF będą publikowane pod tym adresem:
Sherlockowe FF na nes-eser.pl

Serdecznie zapraszam do czytania ff, jak i innych wpisów ;)

niedziela, 1 czerwca 2014

Nowy rozdział - info

Dopisałam kolejną część ff. Jest teraz w mocy Bety.

Uprzedzam, że jest lekki spoiler pomiędzy drugim, a trzecim sezonem, więc osoby, które nie widziały jeszcze odcinków od "Reichenbach Fall" licząc, niech czują się ostrzeżone. Wrzucę, jak tylko mi sprawdzą ;)

czwartek, 22 maja 2014

Loud awakening

   Sherlock nie lubił spać. Ale jeszcze bardziej nie lubił, kiedy ktoś mu przeszkadza w odpoczynku, kiedy w końcu sen go zmorzy. A teraz po pokoju krąży i hałasuje jakiś owad. Osa i to w dodatku wyjątkowo wielka sądząc po dźwięku, jaki wydaje.
   Brzęczenie wzmogło się.
   Przez lepkie opary ciężkiego snu do Sherlocka zaczęło docierać, że to chyba raczej nie jest osa, ani nawet owad. Zbyt dziwnie brzęczało. Spróbował ruszyć ręką, ale łatwiej chyba byłoby mu podnieść London Bridge. Z wielkim trudem otworzył oko. Niewyraźnie, jak przez mgłę, Sherlock skonstatował, że coś jest w jego sypialni. Coś, czego nie było wcześniej i czego w ogóle tu nie powinno być. I najwyraźniej to coś było źródłem tego upierdliwego brzęczenia.
   Zdołał się w końcu unieść na dłoniach. Potrząsnął głową i nagle wszystkie zmysły, jak na rozkaz, zaczęły znowu działać poprawnie.
   Wściekły jazgot budzików zwalił Sherlocka z powrotem na łóżko. Głowa mało mu nie eksplodowała z bólu. Zawziął się, usiadł i potoczył oszołomionym wzrokiem po pokoju.
    Budziki stały wszędzie. Na podłodze, na szafce nocnej, na komodzie, na parapecie.
   Zszokowany Sherlock wodził oczami po źródle potwornego harmideru, aż jego wzrok padł na ścianę naprzeciwko łóżka, na której widniały namalowane sprayem wielkie litery: DID YOU MISS ME?
    - Jooohn? - zawołał.
    Sherlock wytoczył się z sypialni i zastygł w progu salonu. Tu też wszędzie stały jazgoczące budziki.
   - Co tu się dzieje? - trzymając się za głowę, John dołączył do przyjaciela. - U Mary to samo, właśnie dostałem sms-a.
   - W mojej sypialni jest pełno dzwoniących budzików. Sherlock, czy to jeden z twoich eksperymentów? - pani Hudson weszła powoli po schodach.
   - U mnie też pani Hudson. Sherlock? -  John zaniepokoił się brakiem reakcji przyjaciela.
   - Ja... My... - odchrząknął. - Lepiej je wyłączmy. A potem zmyję ten wielki napis, który zostawił Moriarty w mojej sypialni.

***

   - Proszę, to ostatni jaki udało mi się znaleźć. - powiedziała pani Hudson podając Watsonowi kartonowe pudło.
   - Dziękuję. - John ustawił karton koło innych, które piętrzyły się wzdłuż ściany.
   - Ojej, ale ich tu jest. Co my z nimi zrobimy?
   - Jest ich dokładnie 1394. - wtrącił wyrwany z zamyślenia Sherlock. - U Mary ile było?
   - 464.
   - Hmm... - Sherlock ponownie oparł podbródek na złączonych dłoniach i zapadł w zamyślenie.
   - Może byś mi tak pomógł? - zirytował się John.
   Brak reakcji. Watson westchnął ciężko.
   - Zapomniałem już jakim wrzodem na tyłku potrafisz być...
   Sherlock ocknął się z zamyślenia.
   - Co możesz mi o tym powiedzieć? - spytał rzucając przyjacielowi dziwną kostkę.
   John przyjrzał się uważnie.
   - Sześcian z metalu. O ile to jest w ogóle metal. Jest dziwnie ciepły jak na metal.
   - Nieźle. - odezwał się Sherlock. - Kontynuuj.
 - Na pierwszy rzut oka gładki, pod pewnym kątem widać delikatne żłobienia. Praktycznie są niewyczuwalne pod palcami. – odpowiedział po chwili John przysuwając przedmiot bliżej oczu.
   - Jestem pod wrażeniem. Jesteś coraz lepszy. Ale kontynuuj.
   - To wszystko. - John wzruszył ramionami i oddał kostkę.
   - Wszystko? - zdziwił się Sherlock. W jego głosie można było wyczuć nutkę rozczarowania.
   John westchnął.
   - No dawaj co tam jeszcze wydedukowałeś.
  - Zgodzę się, że to metal, aczkolwiek jest to jakiś nieznany stop. Jest bardzo lekka, co sugerowałoby aluminium, ale aluminium przy dotknięciu jest zimne i szybko się nagrzewa, więc odpada. Inne stopy wchodziły by w grę, gdyby nie nieszczęsny brak uczucia chłodu. Ponadto nie pachnie metalem. - Sherlock polizał ściankę. - Ani nie smakuje metalicznie.
   - Mycroft czegoś przypadkiem nie zgubił?
   - Nie, chyba, że pod pojęciem "zgubił" przyjmiemy "ukradziono mu". Ma dziś przyjechać, to go spytam.
   - Wiesz jak Moriarty się tu dostał? – John zmienił temat.
   Sherlock prychnął.
   - Baker Street to nie bunkier. Aczkolwiek ciekawi mnie jak udało mu się dostać niezauważonym do kuchni pani Hudson i dosypać nam wszystkim narkotyku do herbaty.
    - Narko... - Johnowi zabrakło słów.
   - Przecież to oczywiste! Wszystkich nas zmorzył ciężki sen i to szybko. Pani Hudson dostała mniejszą dawkę, żeby zdążyła nam herbaty donieść. A kiedy już wszyscy posnęliśmy ustawienie wszystkich budzików nie stanowiło problemu.
   Po schodach wbiegł Lestrade przeskakując po dwa stopnie naraz.
   - Słyszałem, że mieliście włamanie.
   - Lestrade, co ty tu robisz? - Sherlock wpadł przybyłemu w słowo.
   - Nic nie zginęło. - John zignorował przyjaciela. - Za to nam przyniesiono. - dodał wskazując głową stos kartonów pod ścianą.
   - Co w nich jest? - spytał Lestrade.
   - Dokładnie 1394 budziki. - poinformował Sherlock.
   - Że jak? - inspektora zamurowało.
   - A kolejne 464 budziki Mary znalazła u siebie w sypialni. - uściślił John.
   - Wiem, byłem już u niej. Żadnych śladów włamania, uśpiono ją, ale nie wiemy czym i jak. Poza szokiem po obudzeniu nic jej nie jest.
   - Dzięki. Za to my wiemy jak nas uśpiono. I kto. - John trochę się uspokoił słysząc, że Mary nic nie jest.
   - Skąd wy... A zresztą, nieważne. Kto to był?
   - Moriarty. - syknął Sherlock.
   Lestrade popatrzył z niedowierzaniem.
   - Moriarty? Przecież on nie żyje!
   - Ta, widać tak samo popełnił samobójstwo, jak siedzący tu detektyw. - rzucił z przekąsem John zezując na przyjaciela, który siedział niewzruszony w fotelu.
   - Detektyw konsultujący! - oburzył się Sherlock.
   - No dobra, już dobra. Detektyw konsultujący.
   - Zaraz, zaraz! - Lestrade zaczynał powoli się gubić. - W porządku Moriarty, ale skąd wiecie, że to on?
  - Oprócz budzików, zostawił to. - John sięgnął do komórkę i pokazał inspektorowi zdjęcie ściany z wielkim napisem.
   - I po tym wiecie, że to on?
   - Aha. Pamiętasz, jak najpierw uznali Sherlocka za persona non grata w Anglii i miał udać się na wygnanie, a jak przyszło co do czego, to nie minęło 5 min jak zmienili zdanie?
   - No, co się wtedy stało?
   - Nic, poza tym, że Moriarty pojawił się na każdym ekranie z tekstem "Miss me?". A w ogóle jakim cudem tego nie wiesz? - zdziwił się John.
   - Byłem na wsi. Musiałem się doszkolić.
   - W czym? - teraz zdziwił się Sherlock.
   - Jak się kotu buty szyje i niegrzeczne dzieci bije! - wypalił Lestrade.
   Sherlock oniemiał.
   - Nieważne. Ważne, że mnie to ominęło. - powiedział inspektor, czekając na dalszy ciąg opowieści.
  - MI5 zaraz obłożyło to klauzulą tajności. Sherlock nadal jest na cenzurowanym, ale zdają sobie sprawę, że bez Sherlocka to ten psychol zrobi z Anglią co będzie chciał. - zakończył opowieść John
  - Moriarty jest niebezpieczny, ale i bez Sherlocka damy sobie radę. - zabrzmiał łagodny głos za ich plecami.
   - I tobie dzień dobry drogi bracie. - mruknął Sherlock.
   Mycroft zwrócił się do Lestrade'a.
  - Inspektorze zakładam, że ma pan ważniejsze sprawy na głowie, niż kilka budzików, które obudziły mojego młodszego brata.
   Lestrade pokręcił się niepewnie.
   - Fakt, mam trochę papierologii do uzupełnienia. Do zobaczenia! – to powiedziawszy odwrócił się i zbiegł po schodach, żegnając się jeszcze po drodze z panią Hudson.
   Kiedy wyszedł starszy z braci Holmesów zwrócił się do naburmuszonego Sherlocka:
   - A więc, co tak bardzo wystraszyło mojego braciszka, że prosił abym natychmiast przyjechał?
   - "Prosił"? - Sherlock zachłysnął się z oburzenia, ale John wtrącił:
   - To ja wysłałem wiadomość z jego telefonu. No co? Mój się rozładował. - dodał, gdy uchwycił spojrzenie Sherlocka.  - Wieczorem ktoś nam wszystkim dosypał czegoś do herbaty. Rano obudził nas przeraźliwy jazgot budzików. Dokładnie 1394 sztuki. A na dodatek zostawiono nam wiadomość na ścianie w sypialni Sherlocka. - podał Mycroftowi telefon.
   - Moriarty... - ten mruknął pod nosem.
   - Poza tym uważamy, że zginęła ci jedna zabawka. - Sherlock nie mógł nie wtrącić szpili bratu.
   Rysy Mycrofta stwardniały.
   - Nic nam nie zginęło.
   - Tak? A co to jest? - podał mu sześcian.
   Mycroft obrócił go w palcach i odparł:
  - Ciekawe. Ale nie nasze. Czy coś oprócz nadmiernej ilości budzików, która śmiała przerwać twój sen oraz dziwnej kostki zdarzyło się coś, co wymaga mojej interwencji? - spytał oddając bratu przedmiot.
  - Nie, nic ponadto. - odezwał się John.
 - A więc w takim razie wracam zająć się ważnymi sprawami. Miłego dnia! - odparł z sarkastycznym uśmieszkiem i wyszedł wywijając parasolką.
  - I co teraz? - John spytał przyjaciela.
  - Muszę iść do Barts.

sobota, 17 maja 2014

Tea time

   - Sherlock, znowu nie ma mleka. - John z irytacją zamknął lodówkę i odwrócił się do zamyślonego współlokatora. Kolekcję ludzkich języków, które przed chwilą ukazały się jego oczom, pozostawił bez komentarza. To tylko jeden z kolejnych eksperymentów jego współlokatora. 
   Sherlock z zamyśleniem przesunął palcami po smyczku od skrzypiec, który trzymał w dłoni. 
   - Sherlock, mówię do ciebie! - John wrzasnął mu nad uchem nie doczekawszy się jakiejkolwiek reakcji.
   Detektyw spojrzał na niego zaskoczony. 
   - Myślałem, że wychodzisz. Nie byłeś przypadkiem umówiony z Mary? 
  - Wyszedłem cztery godziny temu. Właśnie wróciłem i nawet nie mogę sobie kawy zrobić, bo nie kupiłeś mleka. – w głosie wojskowego słychać było irytację.
   - Mleko jest w lodówce – powiedział Sherlock, który powoli odpływał myślami.
    John przewrócił oczami. 
   - Skwaśniałe! Czy ty mnie w ogóle słuchasz? 
   Brak reakcji. 
   - Okej. Super. Może pani Hudson będzie miała mleko. 

                                                                                     *** 

    - Eee, pani Hudson? - John poniewczasie uświadomił sobie, że godzina dziesiąta wieczorem to raczej dosyć późna pora do odwiedzin. 
   - John? Myślałam, że nie wrócisz do rana. - dobrodusznie uśmiechnięta kobieca twarz wychynęła z kuchni. - Potrzebujesz czegoś, mój drogi? 
    - Tak, ma pani może trochę mleka do kawy? Sherlock znowu... 
    - ... nie kupił mleka. - dokończyła za niego kobieta.  - Wejdź, akurat woda dochodzi. 
    John wszedł do przytulnej kuchni, po której roznosił się wspaniały aromat ciasteczek. 
  - Jak tam remont? Pewnie nie możecie z Mary się doczekać, aż z powrotem będziecie mogli razem mieszkać, prawda? 
   - Remont idzie zgodnie z planem. Mary jest trochę zmęczona, bo Jessica u której mieszka, za bardzo lubi imprezy... Jest jakaś szansa na te ciasteczka? - spytał nieśmiało, nie mogąc oderwać wzroku od dłoni pani Hudson, które sprawnie zdejmowały wypieki z blachy.
   - Nie jestem twoją gospodynią. - odparła pani Hudson stawiając przed nim cały talerz oraz kubek kawy. 
   - Mogę spytać co to za okazja, że upiekła pani ciasteczka? Zawsze je pani przecież kupowała... – powiedział wkładając do ust pierwsze ciastko.
  - Pani Turner z naprzeciwka robi spotkanie dla właścicielek domów i wypada coś przynieść. A że panna Miriam z sąsiedniej ulicy ma poważne problemy ze zdrowiem, to doszłam do wniosku, że domowe ciasteczka nie powinny jej zaszkodzić, prawda? 
   Watson w połowie wyjaśnień przestał jej słuchać, gdyż z góry dobiegły go dziwne, głuche łupnięcia. 
   - Co on tam robi? - mruknął pod nosem. 
  - Pewnie znowu szuka jakiejś książki i po prostu odrzuca te, które mu nie są potrzebne. - stwierdziła radośnie, jakby zachowanie Sherlocka było najzwyczajniej w świecie normalne.
   - A nie lepiej by było, jakby je odkładał na miejsce? Potem znowu będzie łaził po meblach marudząc, że po podłodze nie da się przejść. 
   - John, przecież to Sherlock. 
    Z piętra rozległ się głośny łomot. John zerwał się. 
   - Lepiej tam pójdę, zanim pan detektyw zwali nam sufit na głowę w ramach eksperymentu. 

                                                                               *** 

   Po wejściu do pokoju John mało nie oberwał czaszką po głowie. Sherlock stał pośrodku porozrzucanych kartek i książek, nerwowo rozglądając się i przebierając palcami. 
    - John, gdzie to jest? Potrzebuję teraz! 
   - Ale co? I co u diabła ciężkiego zrobiłeś z fotelem?! - rzucił spoglądając na mebel, który teraz połamany leżał w progu kuchni. 
    - Przeszkadzał mi w dostępie do półki. - rzucił niecierpliwie Sherlock. - Powiesz mi, gdzie my mamy Biblię czy nie? 
    - Biblię? - John oniemiał. 
   - Biblię! - Sherlock zirytował się. - Pismo Święte chrześcijan. Potrzebuję, a nie mogę znaleźć. 
    John spojrzał na niego niedowierzająco i wyjaśnił: 
    - Nie mamy od kiedy rzuciłeś nią w biednego proboszcza, który spytał cię czy wierzysz w Boga. 
    - Spytał mnie? - zdziwił się Sherlock. 
    - Aha. A ty wyliczyłeś mu w punktach wszystkie nielogiczne biblijne rzeczy, które według nauki nigdy nie miałyby prawa się zdarzyć...
    - No bo wszystko tam jest nielogiczne! - Sherlock wtrącił się, ale przyjaciel nadal kontynuował:  
   - ... a kiedy biedny ksiądz usiłował bronić swojej wiary, wściekłeś się i cisnąłeś w niego Biblią. Swoją drogą, to ciekawe... Biblię znasz na tyle, żeby wyłapywać nieścisłości i poprawiać ich, a nie wiesz, że Ziemia krąży wokół Słońca... 
    Sherlock jęknął. 
  - Nie zaczynaj znowu. Potrzebuję Biblii. Teraz! Zaraz! Natychmiast! - zaczął gorączkowo wymachiwać kartką. 
   - Co tam masz? - zainteresował się John, biorąc papier z ręki przyjaciela. 

"Szczęśliwi czasu nie liczą. 
 Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą. 
Wuj Ben odszedł w swej wielkości." 

     - Sherlock... Przecież to nie Biblia! - popatrzył na Sherlocka, który zbaraniały zamarł w dziwnej pozycji. - Pierwsze dwa zdania to przysłowia, a to drugie brzmi jak z jakiegoś nekrologu. Skąd to masz? 
   - Znalazłem w środku gazety. Nie ma żadnych odcisków palców, plam, nie można wyczuć żadnego zapachu, poza zapachem drukarki laserowej. Standardowy papier, czcionka Arial, program Word. 
    - Skąd ty to... Aaaa, w sumie nieważne. - machnął ręką. - Wiesz, kto ci to przysłał? 
    - Powiedziałbym, że Moriarty, ale... 
    - Ale? 
    - To jest zbyt mało subtelne jak na niego. 
  - Mało? - żachnął się John. - Ostatni raz, kiedy chciał zwrócić twoją uwagę, to wysadził budynek naprzeciwko, porwał kilka osób i zabił piętnastu ludzi wraz z zakładniczką. A, i włamał się do piwnicy pani Hudson!  Jeżeli tamto określasz "subtelnością", to ja się cieszę z takiego "mało subtelnego" zwracania uwagi. A poza tym, kiedy ty ostatni raz spałeś? 
   Sherlock popatrzył na niego. 
   - Nie mam czasu na sen. Moriarty coś kombinuje, a ja się dowiem co. 
   - Ta, jasne. Ale wcześniej to na rzęsach się opierać będziesz. 
    Przerwało im pukanie. 
  - Puk, puk chłopcy! Jak znam Sherlocka, to do późna będziecie siedzieć. Przyniosłam wam herbaty. - powiedziała pani Hudson stawiając tacę na stoliczku. - Och Sherlocku, znowu taki bałagan zrobiłeś...
   Westchnęła. 
   - Bawcie się dobrze, ja idę spać, bo mi się oczy już zamykają. 
   - Dobranoc pani Hudson! - zawołał John. 
   Sherlock jednym haustem opróżnił swoją filiżankę, nalał sobie kolejną porcję i zaczął nerwowo krążyć po pokoju.
   - Sherlock, uspokój się. Mycroft ma oko na Moriarty'ego i natychmiast da ci znać, jeśli ten palcem w bucie kiwnie. Ta herbata dziwnie smakuje... - skonstatował odstawiając filiżankę. 
   Sherlock potarł palcami oczy. 
     - John... Czy ze zmęczenia może podłoga wirować? 
    - Może ale.. Ale nie nam obu na raz! Ja... Ja chyba... - John osunął się na oparcie fotela. 
   - John! - Sherlock zrobił krok w stronę nieprzytomnego przyjaciela i potknął się o własną stopę. - John ja... - nie dokończył i runął na ziemię.