czwartek, 22 maja 2014

Loud awakening

   Sherlock nie lubił spać. Ale jeszcze bardziej nie lubił, kiedy ktoś mu przeszkadza w odpoczynku, kiedy w końcu sen go zmorzy. A teraz po pokoju krąży i hałasuje jakiś owad. Osa i to w dodatku wyjątkowo wielka sądząc po dźwięku, jaki wydaje.
   Brzęczenie wzmogło się.
   Przez lepkie opary ciężkiego snu do Sherlocka zaczęło docierać, że to chyba raczej nie jest osa, ani nawet owad. Zbyt dziwnie brzęczało. Spróbował ruszyć ręką, ale łatwiej chyba byłoby mu podnieść London Bridge. Z wielkim trudem otworzył oko. Niewyraźnie, jak przez mgłę, Sherlock skonstatował, że coś jest w jego sypialni. Coś, czego nie było wcześniej i czego w ogóle tu nie powinno być. I najwyraźniej to coś było źródłem tego upierdliwego brzęczenia.
   Zdołał się w końcu unieść na dłoniach. Potrząsnął głową i nagle wszystkie zmysły, jak na rozkaz, zaczęły znowu działać poprawnie.
   Wściekły jazgot budzików zwalił Sherlocka z powrotem na łóżko. Głowa mało mu nie eksplodowała z bólu. Zawziął się, usiadł i potoczył oszołomionym wzrokiem po pokoju.
    Budziki stały wszędzie. Na podłodze, na szafce nocnej, na komodzie, na parapecie.
   Zszokowany Sherlock wodził oczami po źródle potwornego harmideru, aż jego wzrok padł na ścianę naprzeciwko łóżka, na której widniały namalowane sprayem wielkie litery: DID YOU MISS ME?
    - Jooohn? - zawołał.
    Sherlock wytoczył się z sypialni i zastygł w progu salonu. Tu też wszędzie stały jazgoczące budziki.
   - Co tu się dzieje? - trzymając się za głowę, John dołączył do przyjaciela. - U Mary to samo, właśnie dostałem sms-a.
   - W mojej sypialni jest pełno dzwoniących budzików. Sherlock, czy to jeden z twoich eksperymentów? - pani Hudson weszła powoli po schodach.
   - U mnie też pani Hudson. Sherlock? -  John zaniepokoił się brakiem reakcji przyjaciela.
   - Ja... My... - odchrząknął. - Lepiej je wyłączmy. A potem zmyję ten wielki napis, który zostawił Moriarty w mojej sypialni.

***

   - Proszę, to ostatni jaki udało mi się znaleźć. - powiedziała pani Hudson podając Watsonowi kartonowe pudło.
   - Dziękuję. - John ustawił karton koło innych, które piętrzyły się wzdłuż ściany.
   - Ojej, ale ich tu jest. Co my z nimi zrobimy?
   - Jest ich dokładnie 1394. - wtrącił wyrwany z zamyślenia Sherlock. - U Mary ile było?
   - 464.
   - Hmm... - Sherlock ponownie oparł podbródek na złączonych dłoniach i zapadł w zamyślenie.
   - Może byś mi tak pomógł? - zirytował się John.
   Brak reakcji. Watson westchnął ciężko.
   - Zapomniałem już jakim wrzodem na tyłku potrafisz być...
   Sherlock ocknął się z zamyślenia.
   - Co możesz mi o tym powiedzieć? - spytał rzucając przyjacielowi dziwną kostkę.
   John przyjrzał się uważnie.
   - Sześcian z metalu. O ile to jest w ogóle metal. Jest dziwnie ciepły jak na metal.
   - Nieźle. - odezwał się Sherlock. - Kontynuuj.
 - Na pierwszy rzut oka gładki, pod pewnym kątem widać delikatne żłobienia. Praktycznie są niewyczuwalne pod palcami. – odpowiedział po chwili John przysuwając przedmiot bliżej oczu.
   - Jestem pod wrażeniem. Jesteś coraz lepszy. Ale kontynuuj.
   - To wszystko. - John wzruszył ramionami i oddał kostkę.
   - Wszystko? - zdziwił się Sherlock. W jego głosie można było wyczuć nutkę rozczarowania.
   John westchnął.
   - No dawaj co tam jeszcze wydedukowałeś.
  - Zgodzę się, że to metal, aczkolwiek jest to jakiś nieznany stop. Jest bardzo lekka, co sugerowałoby aluminium, ale aluminium przy dotknięciu jest zimne i szybko się nagrzewa, więc odpada. Inne stopy wchodziły by w grę, gdyby nie nieszczęsny brak uczucia chłodu. Ponadto nie pachnie metalem. - Sherlock polizał ściankę. - Ani nie smakuje metalicznie.
   - Mycroft czegoś przypadkiem nie zgubił?
   - Nie, chyba, że pod pojęciem "zgubił" przyjmiemy "ukradziono mu". Ma dziś przyjechać, to go spytam.
   - Wiesz jak Moriarty się tu dostał? – John zmienił temat.
   Sherlock prychnął.
   - Baker Street to nie bunkier. Aczkolwiek ciekawi mnie jak udało mu się dostać niezauważonym do kuchni pani Hudson i dosypać nam wszystkim narkotyku do herbaty.
    - Narko... - Johnowi zabrakło słów.
   - Przecież to oczywiste! Wszystkich nas zmorzył ciężki sen i to szybko. Pani Hudson dostała mniejszą dawkę, żeby zdążyła nam herbaty donieść. A kiedy już wszyscy posnęliśmy ustawienie wszystkich budzików nie stanowiło problemu.
   Po schodach wbiegł Lestrade przeskakując po dwa stopnie naraz.
   - Słyszałem, że mieliście włamanie.
   - Lestrade, co ty tu robisz? - Sherlock wpadł przybyłemu w słowo.
   - Nic nie zginęło. - John zignorował przyjaciela. - Za to nam przyniesiono. - dodał wskazując głową stos kartonów pod ścianą.
   - Co w nich jest? - spytał Lestrade.
   - Dokładnie 1394 budziki. - poinformował Sherlock.
   - Że jak? - inspektora zamurowało.
   - A kolejne 464 budziki Mary znalazła u siebie w sypialni. - uściślił John.
   - Wiem, byłem już u niej. Żadnych śladów włamania, uśpiono ją, ale nie wiemy czym i jak. Poza szokiem po obudzeniu nic jej nie jest.
   - Dzięki. Za to my wiemy jak nas uśpiono. I kto. - John trochę się uspokoił słysząc, że Mary nic nie jest.
   - Skąd wy... A zresztą, nieważne. Kto to był?
   - Moriarty. - syknął Sherlock.
   Lestrade popatrzył z niedowierzaniem.
   - Moriarty? Przecież on nie żyje!
   - Ta, widać tak samo popełnił samobójstwo, jak siedzący tu detektyw. - rzucił z przekąsem John zezując na przyjaciela, który siedział niewzruszony w fotelu.
   - Detektyw konsultujący! - oburzył się Sherlock.
   - No dobra, już dobra. Detektyw konsultujący.
   - Zaraz, zaraz! - Lestrade zaczynał powoli się gubić. - W porządku Moriarty, ale skąd wiecie, że to on?
  - Oprócz budzików, zostawił to. - John sięgnął do komórkę i pokazał inspektorowi zdjęcie ściany z wielkim napisem.
   - I po tym wiecie, że to on?
   - Aha. Pamiętasz, jak najpierw uznali Sherlocka za persona non grata w Anglii i miał udać się na wygnanie, a jak przyszło co do czego, to nie minęło 5 min jak zmienili zdanie?
   - No, co się wtedy stało?
   - Nic, poza tym, że Moriarty pojawił się na każdym ekranie z tekstem "Miss me?". A w ogóle jakim cudem tego nie wiesz? - zdziwił się John.
   - Byłem na wsi. Musiałem się doszkolić.
   - W czym? - teraz zdziwił się Sherlock.
   - Jak się kotu buty szyje i niegrzeczne dzieci bije! - wypalił Lestrade.
   Sherlock oniemiał.
   - Nieważne. Ważne, że mnie to ominęło. - powiedział inspektor, czekając na dalszy ciąg opowieści.
  - MI5 zaraz obłożyło to klauzulą tajności. Sherlock nadal jest na cenzurowanym, ale zdają sobie sprawę, że bez Sherlocka to ten psychol zrobi z Anglią co będzie chciał. - zakończył opowieść John
  - Moriarty jest niebezpieczny, ale i bez Sherlocka damy sobie radę. - zabrzmiał łagodny głos za ich plecami.
   - I tobie dzień dobry drogi bracie. - mruknął Sherlock.
   Mycroft zwrócił się do Lestrade'a.
  - Inspektorze zakładam, że ma pan ważniejsze sprawy na głowie, niż kilka budzików, które obudziły mojego młodszego brata.
   Lestrade pokręcił się niepewnie.
   - Fakt, mam trochę papierologii do uzupełnienia. Do zobaczenia! – to powiedziawszy odwrócił się i zbiegł po schodach, żegnając się jeszcze po drodze z panią Hudson.
   Kiedy wyszedł starszy z braci Holmesów zwrócił się do naburmuszonego Sherlocka:
   - A więc, co tak bardzo wystraszyło mojego braciszka, że prosił abym natychmiast przyjechał?
   - "Prosił"? - Sherlock zachłysnął się z oburzenia, ale John wtrącił:
   - To ja wysłałem wiadomość z jego telefonu. No co? Mój się rozładował. - dodał, gdy uchwycił spojrzenie Sherlocka.  - Wieczorem ktoś nam wszystkim dosypał czegoś do herbaty. Rano obudził nas przeraźliwy jazgot budzików. Dokładnie 1394 sztuki. A na dodatek zostawiono nam wiadomość na ścianie w sypialni Sherlocka. - podał Mycroftowi telefon.
   - Moriarty... - ten mruknął pod nosem.
   - Poza tym uważamy, że zginęła ci jedna zabawka. - Sherlock nie mógł nie wtrącić szpili bratu.
   Rysy Mycrofta stwardniały.
   - Nic nam nie zginęło.
   - Tak? A co to jest? - podał mu sześcian.
   Mycroft obrócił go w palcach i odparł:
  - Ciekawe. Ale nie nasze. Czy coś oprócz nadmiernej ilości budzików, która śmiała przerwać twój sen oraz dziwnej kostki zdarzyło się coś, co wymaga mojej interwencji? - spytał oddając bratu przedmiot.
  - Nie, nic ponadto. - odezwał się John.
 - A więc w takim razie wracam zająć się ważnymi sprawami. Miłego dnia! - odparł z sarkastycznym uśmieszkiem i wyszedł wywijając parasolką.
  - I co teraz? - John spytał przyjaciela.
  - Muszę iść do Barts.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.